"Ratsutamine" ... czyli co?
Witam was wszystkich serdecznie!
Jeszcze za dziecka pamiętam jak uwielbiałam pisać i tworzyć opowieści, zmyślone czy na faktach, nie miało to znaczenia, ponieważ kreowałam swoje własne światy.
Towarzyszyło mi to zarówno w dzieciństwie jak i w nastoletnim życiu, kiedy odkryłam film i grafikę. Jednak nigdy nie przyszłoby mi do głowy aby wrócić do tego w wieku 21 lat.
Jeździectwo to sport, który zaszczepili we mnie rodzice. Sami nigdy nie jeździli ani nie mieli z tym większej styczności. Jako czteroletnie dziecko obserwowałam te piękne zwierzęta zza ogrodzenia mojego domu, ponieważ los zadecydował aby obok znajdowała się nie wielka stajnia z dopiero rozwijającego się w tamtym czasie Klubu Gaja.
Widząc konie sprowadzane ze stajni na pastwiska, biegłam ile sił w nogach aby zatrzymać się przy płocie i mieć możliwość oglądania tego niesamowitego zjawiska z bliższej perspektywy. Jak można się domyślać, nie musiało minąć dużo czasu abym zobaczyła świat z perspektywy końskiego grzbietu.
W tamtym czasie rozpoczęła się również moja "znajomość" z pewną klaczą, która pamiętała mnie jako dziecko a później jako dziewiętnastoletnią dziewczynę. Można by powiedzieć, że znałyśmy się prawie całe życie.
Za początek mojej końskiej historii można by uznać właśnie ten moment w wieku czterech lat, jednak zaczęło się to znacznie później. Jako dziecko wszędzie gdzie pojechałam tam zobaczyłam konie. Nawet jakby nie było takiej możliwości ja zawsze odnajdywałam te "okazje" aby załapać się na oprowadzankę na łaciatym kucyku albo choćby mieć możliwość pstryknięcia szybkiej fotki.
Kiedy miałam dziesięć lub nawet jedenaście lat, mama i ciocia zabrała mnie i moich kuzynów do stajni gdzie zaliczyłam pierwsze lekcje na lonży. Do tej pory pamiętam ogromnego, chudego kasztana na którym próbowałam anglezować w niezwykle wybijającym kłusie.
Stajnia ta nie znajdowała się szczególnie blisko mojego domu dlatego jeździliśmy tam sporadycznie, kiedy akurat odwiedzałam kuzynów.
Moja przygoda z jeździectwem rozpoczęła się na dobre kiedy pojechałam z rodzicami na wycieczkę rowerową i przy okazji zatrzymaliśmy się w pobliskiej stajni. Moją pierwszą "nauczycielką" został Konik Polski o imieniu Malwa.
Pamiętam, że po godzinie lonży tak mi się podobało, że rodzice załatwili mi jeszcze jedną i tak zostałam w tej stajni na dłużej. Podstawowe lekcje na lonży przerodziły się w wakacyjne kolonie na które chodziłam z ogromnym zapałem mimo paru dziwnych sytuacji związanych z właścicielką stajni. Poznałam tam fajne osoby, których dzisiaj już nawet nie pamiętam. Pojawiły się pierwsze bulwersy z powodu nauki w wakacje. Kto by pomyślał, że przy koniach też trzeba czytać książki! A jednak pod koniec kolonii organizowane były małe "egzaminy" sprawdzające znajomość nazw poszczególnych części rzędu jeździeckiego albo maści koni. Wtedy wydawało mi się to największym problemem na świecie.
Niby wszystko było w porządku i bardzo lubiłam chodzić do tej stajni ale jednak czegoś brakowało. "No fajnie ale ileż można jeździć na lonży?" Po roku wciąż nie dane mi było wziąć sprawy albo bardziej wodze w swoje ręce.
Rodzice zaproponowali stajnię oddaloną od mojej aktualnej zaledwie rzut kamieniem. Popularnie nazywaliśmy to "stajnia za torami", ponieważ mieściła się idealnie za przejściem kolejowym.
Pamiętam ten bardzo deszczowy dzień. Lało bez przerwy, oczywiście w ten piękny dzień, kiedy miała się odbyć moja pierwsza jazda w nowej stajni. Byłam załamana myślą, że moglibyśmy nie pojechać, dlatego pojechaliśmy. Tam poznałam moją pierwszą prawdziwą instruktorkę. Niestety nie pamiętam na jakim koniu wtedy jeździłam ale na "dzień dobry" dostałam wodze do ręki. Tak rozpoczęła się moja właściwa przygoda z rekreacyjnym jeździectwem. Przez długie lata konie z tej stajni zawsze mi towarzyszyły i stały się dla mnie bardzo bliskie. Najwięcej nauczyłam się na półkoloniach organizowanych w wakacje. Jakiś czas później instruktorka odeszła i została inna, do której automatycznie zaczęłam się umawiać. Ta osoba jeśli chodzi o konie stała mi się najbliższa. Najwięcej się nauczyłam dzięki niej. Nie ma drugiej osoby z takim podejściem i sposobem przekazywania wiedzy.
Nie długi czas przed rozpoczęciem jazdy w tamtej stajni, zaczęłam się interesować wyścigami konnymi. Znałam na pamięć imiona większości popularnych i mniej popularnych koni wyścigowych a recytacja ich największych osiągnięć i dat urodzeń była dla mnie pestką. Wszystkie filmy, artykuły i książki o tej tematyce pochłaniałam.
I tak zaczęła się moja przygoda z filmem, kiedy odkryłam YouTube. Chciałam zrobić film coś na wzór "tribute" aby uczcić pamięć "Ruffian" karej klaczy wyścigowej, która jak zresztą jedna z wielu zakończyła swoją karierę wyścigową w bardzo brutalny sposób. Ruffian była moją inspiracją i muzą do pierwszego filmu jaki w życiu stworzyłam. Założyłam kanał na YouTube pod nazwą, której nawet dzisiaj nie pamiętam. Po aktualizacji serwisu google zostały mi zaproponowane inne nazwy. Wybrałam pierwszą z brzegu za bardzo nie zastanawiając się o co chodzi (miałam w końcu dwanaście lat).
I tak kanał istnieje do dzisiaj pod nazwą "TheKarolina1106".
Tworzenie filmów szybko stało się moim kolejnym ulubionym zajęciem a wkrótce drugą największą pasją.
W 2014 roku byłam na pierwszych w życiu zawodach jeździeckich, które wywarły na mnie ogromne wrażenie mimo, że były to zaledwie klasy LL i L. Z podziwem oglądałam te piękne pary jeździec-koń pokonujące dla mnie wtedy imponujące wysokości.
Szczególną uwagę przyciągnął mi przejazd pewnej osoby na koniu Lord Edward. Pomyślałam wtedy, że też bym tak chciała. Dowiedziałam się, że osoba która dosiadała tego pięknego wałacha była instruktorką w stadninie nie daleko mojego domu. Chciałam się zapisać na półkolonie do tej stajni ale nie było już wolnych miejsc. Nie był to jednak problem bo owa osoba sama się do mnie odezwała w tej sprawie. Po nie długim czasie umówiłam się na pierwszą jazdę. To był dla mnie przełom jeśli chodzi o moją jeździecką drogę. Pamiętam tą jazdę do dzisiaj. Było to dla mnie sprawdzenie umiejętności i potwierdzenie, że jednak coś tam umiem. Byłam tam z tatą, który wszystko dokumentował. Kiedy udało mi się ruszyć toporną Beti i przegalopować kilka kółek w obie strony, byłam dumna jak paw. Nie wspomnę jak otrzymałam później oficjalną informację od mojej nowej instruktorki, że możemy zacząć uczyć się skoków.
Umawiałam się na jazdy od czasu do czasu. Zaliczyłam pierwsze skoki i nauczyłam się naprawdę dużo. Po czasie realia trochę mnie przytłoczyły. Wychodziłam powoli z rekreacji i zmierzałam w kierunku pierwszego stopnia bardziej poważnego jeździectwa. Jednak nigdy nie udało mi się do niego dotrzeć. Musiałam brać bardziej regularne lekcje niż tylko raz czy dwa w miesiącu. Czas i pieniądze nie zawsze były, opinie i ukierunkowanie również. Wróciłam do mojej stajni "za torami" na jakiś teren albo jazdę od czasu do czasu.
Za początek mojej końskiej historii można by uznać właśnie ten moment w wieku czterech lat, jednak zaczęło się to znacznie później. Jako dziecko wszędzie gdzie pojechałam tam zobaczyłam konie. Nawet jakby nie było takiej możliwości ja zawsze odnajdywałam te "okazje" aby załapać się na oprowadzankę na łaciatym kucyku albo choćby mieć możliwość pstryknięcia szybkiej fotki.
Kiedy miałam dziesięć lub nawet jedenaście lat, mama i ciocia zabrała mnie i moich kuzynów do stajni gdzie zaliczyłam pierwsze lekcje na lonży. Do tej pory pamiętam ogromnego, chudego kasztana na którym próbowałam anglezować w niezwykle wybijającym kłusie.
Stajnia ta nie znajdowała się szczególnie blisko mojego domu dlatego jeździliśmy tam sporadycznie, kiedy akurat odwiedzałam kuzynów.
Moja przygoda z jeździectwem rozpoczęła się na dobre kiedy pojechałam z rodzicami na wycieczkę rowerową i przy okazji zatrzymaliśmy się w pobliskiej stajni. Moją pierwszą "nauczycielką" został Konik Polski o imieniu Malwa.
Pamiętam, że po godzinie lonży tak mi się podobało, że rodzice załatwili mi jeszcze jedną i tak zostałam w tej stajni na dłużej. Podstawowe lekcje na lonży przerodziły się w wakacyjne kolonie na które chodziłam z ogromnym zapałem mimo paru dziwnych sytuacji związanych z właścicielką stajni. Poznałam tam fajne osoby, których dzisiaj już nawet nie pamiętam. Pojawiły się pierwsze bulwersy z powodu nauki w wakacje. Kto by pomyślał, że przy koniach też trzeba czytać książki! A jednak pod koniec kolonii organizowane były małe "egzaminy" sprawdzające znajomość nazw poszczególnych części rzędu jeździeckiego albo maści koni. Wtedy wydawało mi się to największym problemem na świecie.
Niby wszystko było w porządku i bardzo lubiłam chodzić do tej stajni ale jednak czegoś brakowało. "No fajnie ale ileż można jeździć na lonży?" Po roku wciąż nie dane mi było wziąć sprawy albo bardziej wodze w swoje ręce.
Rodzice zaproponowali stajnię oddaloną od mojej aktualnej zaledwie rzut kamieniem. Popularnie nazywaliśmy to "stajnia za torami", ponieważ mieściła się idealnie za przejściem kolejowym.
Pamiętam ten bardzo deszczowy dzień. Lało bez przerwy, oczywiście w ten piękny dzień, kiedy miała się odbyć moja pierwsza jazda w nowej stajni. Byłam załamana myślą, że moglibyśmy nie pojechać, dlatego pojechaliśmy. Tam poznałam moją pierwszą prawdziwą instruktorkę. Niestety nie pamiętam na jakim koniu wtedy jeździłam ale na "dzień dobry" dostałam wodze do ręki. Tak rozpoczęła się moja właściwa przygoda z rekreacyjnym jeździectwem. Przez długie lata konie z tej stajni zawsze mi towarzyszyły i stały się dla mnie bardzo bliskie. Najwięcej nauczyłam się na półkoloniach organizowanych w wakacje. Jakiś czas później instruktorka odeszła i została inna, do której automatycznie zaczęłam się umawiać. Ta osoba jeśli chodzi o konie stała mi się najbliższa. Najwięcej się nauczyłam dzięki niej. Nie ma drugiej osoby z takim podejściem i sposobem przekazywania wiedzy.
Nie długi czas przed rozpoczęciem jazdy w tamtej stajni, zaczęłam się interesować wyścigami konnymi. Znałam na pamięć imiona większości popularnych i mniej popularnych koni wyścigowych a recytacja ich największych osiągnięć i dat urodzeń była dla mnie pestką. Wszystkie filmy, artykuły i książki o tej tematyce pochłaniałam.
I tak zaczęła się moja przygoda z filmem, kiedy odkryłam YouTube. Chciałam zrobić film coś na wzór "tribute" aby uczcić pamięć "Ruffian" karej klaczy wyścigowej, która jak zresztą jedna z wielu zakończyła swoją karierę wyścigową w bardzo brutalny sposób. Ruffian była moją inspiracją i muzą do pierwszego filmu jaki w życiu stworzyłam. Założyłam kanał na YouTube pod nazwą, której nawet dzisiaj nie pamiętam. Po aktualizacji serwisu google zostały mi zaproponowane inne nazwy. Wybrałam pierwszą z brzegu za bardzo nie zastanawiając się o co chodzi (miałam w końcu dwanaście lat).
I tak kanał istnieje do dzisiaj pod nazwą "TheKarolina1106".
Tworzenie filmów szybko stało się moim kolejnym ulubionym zajęciem a wkrótce drugą największą pasją.
W 2014 roku byłam na pierwszych w życiu zawodach jeździeckich, które wywarły na mnie ogromne wrażenie mimo, że były to zaledwie klasy LL i L. Z podziwem oglądałam te piękne pary jeździec-koń pokonujące dla mnie wtedy imponujące wysokości.
Szczególną uwagę przyciągnął mi przejazd pewnej osoby na koniu Lord Edward. Pomyślałam wtedy, że też bym tak chciała. Dowiedziałam się, że osoba która dosiadała tego pięknego wałacha była instruktorką w stadninie nie daleko mojego domu. Chciałam się zapisać na półkolonie do tej stajni ale nie było już wolnych miejsc. Nie był to jednak problem bo owa osoba sama się do mnie odezwała w tej sprawie. Po nie długim czasie umówiłam się na pierwszą jazdę. To był dla mnie przełom jeśli chodzi o moją jeździecką drogę. Pamiętam tą jazdę do dzisiaj. Było to dla mnie sprawdzenie umiejętności i potwierdzenie, że jednak coś tam umiem. Byłam tam z tatą, który wszystko dokumentował. Kiedy udało mi się ruszyć toporną Beti i przegalopować kilka kółek w obie strony, byłam dumna jak paw. Nie wspomnę jak otrzymałam później oficjalną informację od mojej nowej instruktorki, że możemy zacząć uczyć się skoków.
Umawiałam się na jazdy od czasu do czasu. Zaliczyłam pierwsze skoki i nauczyłam się naprawdę dużo. Po czasie realia trochę mnie przytłoczyły. Wychodziłam powoli z rekreacji i zmierzałam w kierunku pierwszego stopnia bardziej poważnego jeździectwa. Jednak nigdy nie udało mi się do niego dotrzeć. Musiałam brać bardziej regularne lekcje niż tylko raz czy dwa w miesiącu. Czas i pieniądze nie zawsze były, opinie i ukierunkowanie również. Wróciłam do mojej stajni "za torami" na jakiś teren albo jazdę od czasu do czasu.
W 2015 roku rodzice spełnili jedno z moich największych końskich marzeń. Wybrałam się w teren po plaży nad morzem Bałtyckim. Początkowo na kucyku który mnie niesamowicie "wytrzepał" 😅 Następnie totalnie spontanicznie mama znalazła stajnię w Sianożętach, która stała się jednym z miejsc z którego mam najpiękniejsze, końskie wspomnienia. Poznałam tam pewną przemiłą osobę. Przeżyłam niezapomniany wypad w teren przy okazji zaliczając glebę w piach. Drugi wypad obył się bez tej atrakcji!
To były jedne z najlepszych wakacji jakie miałam, oczywiście do tej pory.
W 2016 roku otrzymałam od rodziców prezent z okazji bierzmowania. Zaproszenie na niezapomniane wakacje właśnie w tej stajni nad morzem. Przez tydzień pobytu tam miałam prowadzić oprowadzanki dla dzieci.
Wkrótce dowiedziałam się o pierwszych w Polsce międzynarodowych zawodach jeździeckich organizowanych na plaży! Los chciał, że zawody te miały się odbyć w Kołobrzegu, całkiem nie daleko od Sianożęt i to w idealnym terminie. Była to Cavaliada Summer Jumping. Drugie zawody jeździeckie na świecie nad brzegiem morza.
Bilety mieliśmy kupione tylko na sobotę ale po tym dniu, wprost nie możliwe było nie kupić również na niedzielę. Do dnia dzisiejszego uważam, że wspomnienia z tych zawodów są dla mnie najpiękniejsze jakie mam.
Po weekendzie na zawodach, tydzień spędziłam w stajni w Sianożętach prowadząc jazdy dzieciom i przy okazji jeżdżąc konno cudownymi porankami na wschody słońca. Bardzo przywiązałam się do trzech koni, którymi się zajmowałam i dwóch dziewczyn, które były tam instruktorkami. Dzień odjazdu stamtąd był istnym dramatem. Nie mogłam się pozbierać jeszcze przez długie tygodnie po powrocie do domu.
Na początku 2017 roku wybrałam się w teren z moją drugą instruktorką po nowych terenach, ponieważ przeniosła się w inne miejsce. Wtedy dostałam propozycję aby przystąpić do egzaminu na Brązową Odznakę Jeździecką.
Nie ukrywam, że bardzo chciałam i bardzo mi zależało. Jednak pieniądze, czas i okres w którym jeszcze nie mogłam podejmować własnych decyzji działał na nie korzyść. Akurat wtedy też zaczynałam naukę w pierwszej klasie liceum.
Ponownie wróciłam do mojej stajni "za torami". Wtedy nadszedł czas "pierwszego razu" kiedy myślałam aby odpuścić sobie konie. Miesiąc za miesiącem mijał a ja nie umawiałam się na żadną jazdą. Żyłam wydarzeniami w szkole i tworzeniem filmów bo w tym czasie skupiałam wtedy większość uwagi na nich.
Oczywiście wciąż jeździectwo było mi najbliższe, ponieważ filmowanie łączyłam z końmi jeżdżąc na zawody jeździeckie i tworząc z nich relacje filmowe.
Nadszedł czas, kiedy przestałam jeździć konno. Dużo się u mnie działo, zmieniałam szkołę i podejmowałam pierwszą pracę. Kilka miesięcy przed maturą przez przypadek znalazłam na Facebooku stronę nowo otwartej stajni. Po ponad pół roku pierwszy raz umówiłam się na jazdę. Nie było źle ale dali mi nie mały wycisk. Bez kondycji i wprawy ledwo ten trening przeżyłam łapiąc jeszcze pod koniec bolesny skurcz łydki.
Podziękowałam i powiedziałam, że wrócę po napisaniu matury. Nie wróciłam jednak nigdy. Zaczęłam się zastanawiać w jakim kierunku to zmierza i w jakim zmierzam ja. Co chcę od jeździectwa. Sama nie wiedziałam.
Zaraz po maturze mój kanał na YouTube odwdzięczył się mi po latach stając się moim filmowym portfolio, otwierając mi możliwość pracy w marketingu. Podjęłam pracę i rzuciłam się w wir dorosłego życia. Nie wiedziałam, kiedy mijał dzień za dniem i kompletnie straciłam poczucie czasu. Pod koniec roku znalazłam w internecie ogłoszenie o dzierżawie czteroletniego hucuła w stajni w, której kilka lat wcześniej jeździłam.
Pojechałam zobaczyć i tak młody, łaciaty wałach stał się moim pierwszym dzierżawionym koniem. Przez te kilka miesięcy wspólnej przygody bardzo dużo mnie nauczył. Wyrobił mi stoicką cierpliwość i możliwość trzymania i zwracania uwagi na milion rzeczy jednocześnie. Zaczęłam też jeździć bez instruktora.
Zimą przydarzył się nam nieszczęśliwy wypadek na hali. Galopując przewróciliśmy się w rogu. Niefortunnie hucuł przygniótł mi prawą nogę. On sam wyszedł z tego cało. Mi została blizna na wewnętrznej stronie łydki już do końca życia. Na szczęście nic sobie nie złamałam. Zakończyłam jego dzierżawę jakiś czas po tym.
Następny rok szykował się również kiepsko jeśli chodzi o konie. Wciąż pracowałam i nie miałam zbyt dużo czasu. Zgadałam się ze starą wieloletnią znajomą. Była na etapie kupowania nowego konia. Przez kilka miesięcy pojawił się cień możliwości wejścia w posiadanie własnego konia. Jednak tak jak się spodziewałam, nigdy nie doszło to do skutku.
Pół roku później w wakacje rozpoczęła się moja kolejna końska przygoda z zupełnie innym koniem. Był to 5 letni wałach Czystej Krwi Arabskiej. Wciąż jeździłam bez instruktora po czasie kompletnie przestając zwracać uwagę na to jak jeżdżę. Próbowałam się z koniem dotrzeć i wejść na jakiś wspólny tor komunikacji jednak moja psychika już była "nadwyrężona" po wydarzeniach z poprzednim dzierżawionym hucułkiem. Pierwszy raz w życiu odczułam coś takiego jak strach. Arabek nie był prostym koniem i miał swój charakter a ja nie potrafiłam sobie z nim poradzić. Irytowałam się z każdą jazdą i nabywałam tylko coraz więcej błędów o, których nie miałam pojęcia. Mimo to wakacje z nim zostaną w mojej pamięci na długo.
Oba wałaszki nauczyły mnie obycia przy tak młodych koniach jednak ja szukając odskoczni od pracy zapomniałam, że jeździectwo nie skupia się tylko na jeżdżeniu sobie w kółko i nic nie wynoszenia z żadnego treningu. Ja przez ostatnie 2 lata właśnie tak robiłam.
W 2020 roku moje zainteresowania bardziej skupiły się na muzyce i tak sprawiłam sobie kolejną odskocznię od pracy ale również od koni. Chcąc trochę przytłumić wewnętrzną tęsknotę za jeździectwem, kupiłam gitarę elektryczną na której sama zaczęłam się uczyć grać.
Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że rok później zacznę grać w zespole oddalonym od mojego domu o 91 kilometrów. Zapomniałam o koniach całkowicie. Przez ten czas również skupiłam się na innych rzeczach. Zmieniłam całkowicie styl życia.
Mogłoby się wydawać, że to koniec ale jednak nie bez powodu mówią, że raz coś zaszczepione za młodu, już nigdy całkowicie z ciebie nie zniknie. Mogłam wszystkim głosić w koło, że nic mi nie brakuje i sobie wmawiać, że przecież lepiej być nie może a jednak w najgłębszych głębinach serca odczuwałam ogromną tęsknotę za moją największą pasją i największym hobby jakie miałam w życiu.
Miesiącami przeglądałam ogłoszenia o dzierżawach szukając jakiegoś choć trochę bliżej domu.
To były jedne z najlepszych wakacji jakie miałam, oczywiście do tej pory.
W 2016 roku otrzymałam od rodziców prezent z okazji bierzmowania. Zaproszenie na niezapomniane wakacje właśnie w tej stajni nad morzem. Przez tydzień pobytu tam miałam prowadzić oprowadzanki dla dzieci.
Wkrótce dowiedziałam się o pierwszych w Polsce międzynarodowych zawodach jeździeckich organizowanych na plaży! Los chciał, że zawody te miały się odbyć w Kołobrzegu, całkiem nie daleko od Sianożęt i to w idealnym terminie. Była to Cavaliada Summer Jumping. Drugie zawody jeździeckie na świecie nad brzegiem morza.
Bilety mieliśmy kupione tylko na sobotę ale po tym dniu, wprost nie możliwe było nie kupić również na niedzielę. Do dnia dzisiejszego uważam, że wspomnienia z tych zawodów są dla mnie najpiękniejsze jakie mam.
Po weekendzie na zawodach, tydzień spędziłam w stajni w Sianożętach prowadząc jazdy dzieciom i przy okazji jeżdżąc konno cudownymi porankami na wschody słońca. Bardzo przywiązałam się do trzech koni, którymi się zajmowałam i dwóch dziewczyn, które były tam instruktorkami. Dzień odjazdu stamtąd był istnym dramatem. Nie mogłam się pozbierać jeszcze przez długie tygodnie po powrocie do domu.
Na początku 2017 roku wybrałam się w teren z moją drugą instruktorką po nowych terenach, ponieważ przeniosła się w inne miejsce. Wtedy dostałam propozycję aby przystąpić do egzaminu na Brązową Odznakę Jeździecką.
Nie ukrywam, że bardzo chciałam i bardzo mi zależało. Jednak pieniądze, czas i okres w którym jeszcze nie mogłam podejmować własnych decyzji działał na nie korzyść. Akurat wtedy też zaczynałam naukę w pierwszej klasie liceum.
Ponownie wróciłam do mojej stajni "za torami". Wtedy nadszedł czas "pierwszego razu" kiedy myślałam aby odpuścić sobie konie. Miesiąc za miesiącem mijał a ja nie umawiałam się na żadną jazdą. Żyłam wydarzeniami w szkole i tworzeniem filmów bo w tym czasie skupiałam wtedy większość uwagi na nich.
Oczywiście wciąż jeździectwo było mi najbliższe, ponieważ filmowanie łączyłam z końmi jeżdżąc na zawody jeździeckie i tworząc z nich relacje filmowe.
Nadszedł czas, kiedy przestałam jeździć konno. Dużo się u mnie działo, zmieniałam szkołę i podejmowałam pierwszą pracę. Kilka miesięcy przed maturą przez przypadek znalazłam na Facebooku stronę nowo otwartej stajni. Po ponad pół roku pierwszy raz umówiłam się na jazdę. Nie było źle ale dali mi nie mały wycisk. Bez kondycji i wprawy ledwo ten trening przeżyłam łapiąc jeszcze pod koniec bolesny skurcz łydki.
Podziękowałam i powiedziałam, że wrócę po napisaniu matury. Nie wróciłam jednak nigdy. Zaczęłam się zastanawiać w jakim kierunku to zmierza i w jakim zmierzam ja. Co chcę od jeździectwa. Sama nie wiedziałam.
Zaraz po maturze mój kanał na YouTube odwdzięczył się mi po latach stając się moim filmowym portfolio, otwierając mi możliwość pracy w marketingu. Podjęłam pracę i rzuciłam się w wir dorosłego życia. Nie wiedziałam, kiedy mijał dzień za dniem i kompletnie straciłam poczucie czasu. Pod koniec roku znalazłam w internecie ogłoszenie o dzierżawie czteroletniego hucuła w stajni w, której kilka lat wcześniej jeździłam.
Pojechałam zobaczyć i tak młody, łaciaty wałach stał się moim pierwszym dzierżawionym koniem. Przez te kilka miesięcy wspólnej przygody bardzo dużo mnie nauczył. Wyrobił mi stoicką cierpliwość i możliwość trzymania i zwracania uwagi na milion rzeczy jednocześnie. Zaczęłam też jeździć bez instruktora.
Zimą przydarzył się nam nieszczęśliwy wypadek na hali. Galopując przewróciliśmy się w rogu. Niefortunnie hucuł przygniótł mi prawą nogę. On sam wyszedł z tego cało. Mi została blizna na wewnętrznej stronie łydki już do końca życia. Na szczęście nic sobie nie złamałam. Zakończyłam jego dzierżawę jakiś czas po tym.
Następny rok szykował się również kiepsko jeśli chodzi o konie. Wciąż pracowałam i nie miałam zbyt dużo czasu. Zgadałam się ze starą wieloletnią znajomą. Była na etapie kupowania nowego konia. Przez kilka miesięcy pojawił się cień możliwości wejścia w posiadanie własnego konia. Jednak tak jak się spodziewałam, nigdy nie doszło to do skutku.
Pół roku później w wakacje rozpoczęła się moja kolejna końska przygoda z zupełnie innym koniem. Był to 5 letni wałach Czystej Krwi Arabskiej. Wciąż jeździłam bez instruktora po czasie kompletnie przestając zwracać uwagę na to jak jeżdżę. Próbowałam się z koniem dotrzeć i wejść na jakiś wspólny tor komunikacji jednak moja psychika już była "nadwyrężona" po wydarzeniach z poprzednim dzierżawionym hucułkiem. Pierwszy raz w życiu odczułam coś takiego jak strach. Arabek nie był prostym koniem i miał swój charakter a ja nie potrafiłam sobie z nim poradzić. Irytowałam się z każdą jazdą i nabywałam tylko coraz więcej błędów o, których nie miałam pojęcia. Mimo to wakacje z nim zostaną w mojej pamięci na długo.
Oba wałaszki nauczyły mnie obycia przy tak młodych koniach jednak ja szukając odskoczni od pracy zapomniałam, że jeździectwo nie skupia się tylko na jeżdżeniu sobie w kółko i nic nie wynoszenia z żadnego treningu. Ja przez ostatnie 2 lata właśnie tak robiłam.
W 2020 roku moje zainteresowania bardziej skupiły się na muzyce i tak sprawiłam sobie kolejną odskocznię od pracy ale również od koni. Chcąc trochę przytłumić wewnętrzną tęsknotę za jeździectwem, kupiłam gitarę elektryczną na której sama zaczęłam się uczyć grać.
Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że rok później zacznę grać w zespole oddalonym od mojego domu o 91 kilometrów. Zapomniałam o koniach całkowicie. Przez ten czas również skupiłam się na innych rzeczach. Zmieniłam całkowicie styl życia.
Mogłoby się wydawać, że to koniec ale jednak nie bez powodu mówią, że raz coś zaszczepione za młodu, już nigdy całkowicie z ciebie nie zniknie. Mogłam wszystkim głosić w koło, że nic mi nie brakuje i sobie wmawiać, że przecież lepiej być nie może a jednak w najgłębszych głębinach serca odczuwałam ogromną tęsknotę za moją największą pasją i największym hobby jakie miałam w życiu.
Miesiącami przeglądałam ogłoszenia o dzierżawach szukając jakiegoś choć trochę bliżej domu.
Na początku lipca 2021 roku pojechałam obejrzeć przepiękną, izabelowatą klacz. Przy okazji zobaczyłam jedną z najbardziej ekskluzywnych stadnin w moim w miarę bliskim rejonie zamieszkania. Wsiadłam na konia pierwszy raz od sporego czasu. Klacz była zupełnie inna od moich poprzednich dzierżawionych koni. Moje umiejętności znacząco spadły i zaczynałam to odczuwać. Dzierżawa tej klaczy nie była taka tania i dzisiaj już do mnie dotarło, że jeździectwo nie jest już takie tanie jak wtedy kiedy zaczynałam jeździć.
Niestety ta dzierżawa nie doszła do skutku bo znalazł się ktoś lepiej sobie radzący co było proste do przewidzenia.
Pojechałam obejrzeć innego konika. Była to 18 letnia klacz huculska Kara. Wkrótce stała się kolejnym koniem, którego wzięłam w dzierżawę.
Tym razem jednak było inaczej bo przewartościowałam sobie pewne rzeczy i odbyłam wewnętrzy dialog z samą sobą co chcę dalej robić w tym temacie.
Dzisiaj jestem na etapie "podnoszenia" się z "dziury" do której wpadłam tylko i wyłącznie z własnej winy. Wiem, że jedyną słuszną decyzją jest inwestować w to co daje ci siłę i radość z życia. Dlatego powracam i nie chce więcej się cofać. Mam ustalone nowe cele i marzenia, poprzeczki znowu są na ustawione na prawidłowych wysokościach a ja daje z siebie 100% aby iść do przodu a nie do tyłu.
Niestety ta dzierżawa nie doszła do skutku bo znalazł się ktoś lepiej sobie radzący co było proste do przewidzenia.
Pojechałam obejrzeć innego konika. Była to 18 letnia klacz huculska Kara. Wkrótce stała się kolejnym koniem, którego wzięłam w dzierżawę.
Tym razem jednak było inaczej bo przewartościowałam sobie pewne rzeczy i odbyłam wewnętrzy dialog z samą sobą co chcę dalej robić w tym temacie.
Dzisiaj jestem na etapie "podnoszenia" się z "dziury" do której wpadłam tylko i wyłącznie z własnej winy. Wiem, że jedyną słuszną decyzją jest inwestować w to co daje ci siłę i radość z życia. Dlatego powracam i nie chce więcej się cofać. Mam ustalone nowe cele i marzenia, poprzeczki znowu są na ustawione na prawidłowych wysokościach a ja daje z siebie 100% aby iść do przodu a nie do tyłu.
Potrzebowałam lekkiego kopniaka co tak naprawdę chcę od tego jeździectwa i co w końcu z tymi "moimi końmi ". Wiem, że bardzo to kocham i choć mogłabym sobie wmawiać, że tak nie jest to właśnie to jest moją największą pasją i hobby. Choćby nie wiem jak źle było na jeździe zawsze po pewnym czasie na nowo budziło się we mnie uczucie tęsknoty. Konie są ze mną całe życie a ja już dwa razy chciałam z nich zrezygnować. Przez moje nie zdecydowanie i nie wiedzę co tak naprawdę chce od życia, prawie to zrobiłam. Ludzie wracają do swoich pasji czasem po wielu latach, dlatego cieszę się, że ja w miarę szybko zrozumiałam co naprawdę kocham. I nie chce z tego zrezygnować.
Tak naprawdę całą to cudowną przygodę zawdzięczam moim rodzicom, mimo wszystko zawsze bardzo mnie wspierali i dokumentowali każdy najmniejszy postęp. To oni zaszczepili we mnie to małe ziarenko, które utrzymuje się już tyle lat i mimo długich przerw i przytłoczenia szarą rutyną rzeczywistości, nigdy nie wygasło nawet odrobinę.
Tego bloga stworzyłam całkiem przypadkowo i spontanicznie. Nie interesuje mnie czy ktoś będzie go czytał. Zawsze lubiłam pisać więc może i do tych wspomnień z dzieciństwa uda mi się choć na chwilę wrócić.
Jeśli jednak ktoś tutaj będzie zaglądał to chcę przekazać jedną ważną rzecz, którą się przez te wszystkie lata mojej "szalonej", końskiej przygody nauczyłam.
„Jeśli nie potrafisz określić celu, określ swoją pasję. Twoja pasja doprowadzi cię wprost do celu.”
Tego bloga stworzyłam całkiem przypadkowo i spontanicznie. Nie interesuje mnie czy ktoś będzie go czytał. Zawsze lubiłam pisać więc może i do tych wspomnień z dzieciństwa uda mi się choć na chwilę wrócić.
Jeśli jednak ktoś tutaj będzie zaglądał to chcę przekazać jedną ważną rzecz, którą się przez te wszystkie lata mojej "szalonej", końskiej przygody nauczyłam.
„Jeśli nie potrafisz określić celu, określ swoją pasję. Twoja pasja doprowadzi cię wprost do celu.”

Komentarze
Prześlij komentarz